Zofia zaprosiła nas na kawę, jak zwykle z ciepłym uśmiechem i otwartymi ramionami. Kawalerka mojej przyszłej teściowej była malutka, ale przytulna – wypełniona zapachem pieczonego ciasta i nutą wanilii. Lubiłem to miejsce, mimo że nie bywałem tutaj często. Dzisiaj towarzyszyła mi Anna, moja narzeczona, która z ogromnym entuzjazmem przyjęła zaproszenie swojej mamy. Długie, rudozłote włosy Anny falowały lekko, gdy poprawiała je za ucho, siedząc przy stole z filiżanką kawy w dłoniach.
Ja, Patryk, wokalista zespołu rockowego, czułem się tu jak w innym świecie. Chicago, z jego hałasem i tempem, wydawało się tu nierealne. Spojrzałem na Annę, na jej szczery uśmiech i lekko przymrużone oczy, kiedy wsłuchiwała się w opowieść Zofii o dawnych latach. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Czy to przez ten spokój? Czy przez nią?
Rozmowa toczyła się lekko. Tematy zmieniały się niczym kadry w filmie: od kulinarnych porad, przez opowieści o wakacyjnych podróżach, po plotki o nowych sąsiadach. Aż wreszcie Zofia spojrzała na nas z uśmiechem, który zapowiadał coś więcej niż kolejną anegdotę.
– A tak sobie myślę – zaczęła, odkładając filiżankę na spodek – dlaczego wy wciąż nie wzięliście ślubu? Przecież jesteście razem już tyle lat.
Pytanie zawisło w powietrzu jak nuty rozbrzmiewające na scenie. Spojrzałem na Annę. Ona na mnie. Jej uśmiech zniknął na chwilę, zastąpiony czymś, co wyglądało na lekką panikę. Ja z kolei czułem się, jakbym zapomniał tekstu piosenki podczas koncertu. Co odpowiedzieć? Dlaczego tak naprawdę wciąż tego nie zrobiliśmy?
– Myślę, że... – zaczęła Anna, ale urwała, patrząc na mnie.
– Po prostu jeszcze nie mieliśmy na to czasu – wtrąciłem, choć sam nie byłem przekonany do własnych słów.
Zofia tylko pokiwała głową, jakby chciała powiedzieć: „No dobrze, jak chcecie”. Potem zmieniła temat, a rozmowa potoczyła się dalej. Ale dla mnie to pytanie nie przestawało brzmieć w głowie, jak refren, który nie daje spokoju.
Gdy wróciliśmy do domu, Anna wydawała się spokojniejsza. Usiedliśmy na kanapie, a ona od razu zaczęła opowiadać o nowym projekcie w pracy. Ale ja byłem gdzieś indziej. W mojej głowie wciąż krążyło pytanie: dlaczego nie wzięliśmy ślubu?
Przez kolejne dni myślałem o tym coraz więcej. Wyobrażałem sobie Annę w bieli, jej uśmiech i iskrzące się oczy. Czyż nie byłem gotowy? Przecież od dawna wiedziałem, że to ona. Kochałem jej złośliwe komentarze, jej pasję do życia, jej cierpliwość do moich szaleństw. Była przy mnie, gdy pisałem teksty, których sensu nie rozumiałem nawet ja sam. Była moim oparciem, gdy koncerty wyczerpywały mnie fizycznie i psychicznie. Dlaczego więc wciąż byłem niezdecydowany?
Może chodziło o strach. O to, że ślub to jak świadectwo dojrzałości, a ja przez lata żyłem w przekonaniu, że jeszcze nie jestem gotowy. Mój świat był rockandrollowym chaosem, a ślub wydawał się czymś zbyt stabilnym, zbyt poważnym.
Ale teraz, siedziałem właśnie z gitarą w rękach i pisałem nowy utwór. Słowa same wypływały spod mojego długopisu: „Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie ty, to kto?”. Uśmiechnięty patrzyłem na gotowy tekst i wiedziałem, że odpowiedź na pytanie Zofii była prostsza, niż myślałem. Byłem gotowy. Chciałem wziąć ślub z Anną. Nie dlatego, że ktoś tego ode mnie oczekiwał. Ale dlatego, że ją kochałem i wiedziałem, że nie wyobrażam sobie życia bez niej.
Teraz wystarczyło tylko jej o tym powiedzieć.
***
Niebo nad Chicago było dziś wyjątkowo czyste. Siedziałem na balkonie naszego apartamentu na 28. piętrze, trzymając w dłoni kubek z zimną już kawą. W oddali migotały światła miasta, a wiatr igrał z moimi długimi włosami, które Anna zawsze nazywała „złotą wodą”. Wpatrywałem się w ciemność, próbując poukładać myśli. Od tygodni coś we mnie dojrzewało. Czułem to najpierw jak szept, potem jak ciche echo, aż w końcu zyskało to siłę krzyku. Byłem gotowy. Gotowy na coś więcej.
Anna spała w sypialni, owinięta kocem. Czasami patrzyłem na nią, zastanawiając się, jakim cudem spotkałem kogoś takiego. Miała w sobie ciepło, które ogrzewało nawet najbardziej mroźne dni w moim sercu. Jej śmiech potrafił rozproszyć każdą burzę. Wiedziałem, że jest tą jedyną, ale teraz czułem, że to już czas, by to oficjalnie wyznać. Wróciłem do środka, odstawiając kubek na blat. Stanąłem w progu sypialni i przez chwilę przyglądałem się jej spokojnej twarzy.
– Anka – szepnąłem cicho, ale wystarczająco głośno, by otworzyła oczy. Mrugnęła kilka razy, zdezorientowana, zanim uśmiech rozświetlił jej twarz.
– Co się stało, Patryk? Jest trzecia nad ranem... – wymruczała, przeciągając się leniwie.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedziałem, siadając na krawędzi łóżka. Chwyciłem jej dłoń i spojrzałem w jej brązowe oczy. Były pełne ciepła i troski. – Jestem gotowy. Na nasz ślub. Chcę, żebyśmy to zrobili.
Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby nie dowierzając, a potem rzuciła się na mnie z takim entuzjazmem, że niemal spadłem z łóżka. Jej śmiech wypełnił pokój.
– Naprawdę? – spytała, łapiąc mnie za ramiona. – Nie śnię? Ty naprawdę to powiedziałeś?
– Naprawdę – odpowiedziałem, śmiejąc się razem z nią. – Chcę być twoim mężem. Już czas.
Anna była wniebowzięta. Nie mogłem się napatrzeć na jej rozpromienioną twarz, kiedy planowała w myślach, co teraz zrobimy. Po chwili, jeszcze w piżamach, usiedliśmy w salonie z notesem, zapisując pierwsze pomysły. Miała tyle energii, że ja, przyzwyczajony do życia na scenie, ledwo mogłem za nią nadążyć.
Następnego dnia odwiedziliśmy jej mamę, Zofię. To była drobna, zawsze elegancka kobieta z wiecznym uśmiechem na twarzy, która przypominała mi Anię w starszej wersji. Zofia powitała nas ciepło, częstując świeżo upieczonym ciastem.
– Mamo, mamy coś ważnego do powiedzenia – zaczęła Anna, patrząc na mnie z uśmiechem. Czułem, jak ściska moją dłoń pod stołem.
Zofia spojrzała na nas, unosząc brwi.
– Patryk i ja chcemy wziąć ślub! – oznajmiła Anna z taką radością, że nawet nie musiałem dodawać niczego od siebie. Zofia zamrugała, a potem jej oczy wypełniły się łzami wzruszenia.
– Och, kochani! To wspaniała wiadomość! – wykrzyknęła, przytulając najpierw Annę, a potem mnie. – Kiedy planujecie uroczystość? Czy mogę w czymś pomóc?
Zaczęliśmy omawiać szczegóły. Zofia miała mnóstwo pomysłów, które na początku wydawały mi się przytłaczające, ale jej entuzjazm był zaraźliwy. Anna i jej mama zaczęły planować dekoracje, wybór sali i listę gości, a ja słuchałem ich z uśmiechem, wtrącając od czasu do czasu swoje uwagi.
Wieczorem, wracając do domu, czułem się lekki jak piórko. Wiedziałem, że decyzja, którą podjąłem, była słuszna. Kiedy Anna zasnęła, ja znów usiadłem na balkonie, wpatrując się w miasto. Wiedziałem, że przed nami jeszcze mnóstwo pracy, ale w sercu czułem spokój. Znalazłem swój dom. Był tam, gdzie była Anna.
***
Nigdy nie sądziłem, że znajdę się w tym miejscu – w sklepie jubilerskim, wpatrując się w gablotę pełną złotych obrączek. Moje zielone oczy odbijały się w szybie, a długie blond włosy, które zazwyczaj były w lekkim nieładzie, teraz miałem spięte w niedbały kucyk. Anna stała obok mnie, delikatnie trzymając mnie za rękę. Jej palce były ciepłe i pewne. To było jedno z tych chwil, kiedy czułem, że wszystkie nasze decyzje prowadziły nas dokładnie tutaj.
– Co myślisz o tych? – spytała, wskazując na parę obrączek o prostym, ale eleganckim wzorze. Były to klasyczne pierścienie, bez zbędnych zdobień, idealne w swojej skromności. Spojrzałem na nią, widząc w jej oczach pytanie, a może nawet lekki niepokój, czy wybierzemy odpowiednio.
– Są piękne – odpowiedziałem. – Ale czy na pewno chcesz takie? Chciałbym, żeby były dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłaś.
Uśmiechnęła się, lekko unosząc brwi.
– A co, jeśli już sobie wymarzyłam te? – Jej głos był spokojny, ale często miałem wrażenie, że każde jej słowo skrywało wiele głębszych znaczeń.
Kiedy sprzedawczyni pakowała nasz wybór w maleńkie, aksamitne pudełeczka, poczułem, jak moje serce przyspiesza. Wydawało się, że to tylko obrączki – kawałki metalu, które miały spoczywać na naszych palcach przez resztę życia – ale dla mnie znaczyły znacznie więcej. Były symbolem czegoś trwałego, czegoś, co budowaliśmy razem każdego dnia.
Następne tygodnie były wypełnione przygotowaniami. Anna zajęła się wyborem dekoracji i zaproszeń, podczas gdy ja starałem się ogarnąć listę gości. I tu zaczęły się schody. Nasze życie było intensywne i pełne ludzi – przyjaciele, rodzina, koledzy z zespołu, menadżerowie, technicy... Każdy z nich wydawał się ważny, każdy miał swoje miejsce w naszej historii.
– Naprawdę potrzebujemy dwóch list? – zapytałem pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na kanapie z kubkami herbaty. Anna przeglądała zaproszenia, używając ołówka, by zaznaczać nazwiska. – Jednej dla tych, których musimy zaprosić, i drugiej dla tych, których chcemy zaprosić?
Spojrzała na mnie z uśmiechem, ale w jej oczach widziałem cień zmęczenia.
– A ty, Patryku, kogo byś zaprosił, gdybyś miał wybór bez żadnych ograniczeń?
To pytanie uderzyło mnie głęboko. Kogo rzeczywiście chciałbym mieć u swojego boku w tym szczególnym dniu? Przyjaciół z dzieciństwa, którzy widzieli, jak stawiałem pierwsze kroki na scenie? Członków zespołu, z którymi dzieliłem każdą chwilę przez ostatnie lata? Rodzinę, której widok wciąż budził we mnie emocje?
Nie było to łatwe, ale te rozmowy, te wszystkie małe decyzje sprawiały, że nasze przygotowania miały w sobie magię. Nawet w momentach, gdy czułem zmęczenie, gdy lista zadań zdawała się nigdy nie kończyć, byłem wdzięczny. Dzień naszego ślubu, ta jedna chwila, była warta każdej godziny pracy.
W końcu ustaliliśmy datę. Piękny, letni dzień, który miał być zarazem prosty i wyjątkowy. Kiedy wieczorem siedziałem na tarasie naszego mieszkania w Chicago, patrząc na tło rozświetlonego miasta, myślałem o tym, jak daleko zaszliśmy. Byłem wokalistą popularnego zespołu, życie było intensywne, wypełnione trasami koncertowymi, wywiadami, głęboką adrenaliną sceny. Ale teraz, patrząc na Annę, widziałem, że prawdziwe spełnienie jest tutaj, w chwilach, które dzieliliśmy razem.
– Jak się czujesz? – zapytała, wychodząc na taras z kubkiem ciepłego kakao. Przysiadła obok mnie, wtulając się w moje ramię.
Spojrzałem na nią, czując spokój, który zawsze przynosiła mi jej obecność.
– Jakbym miał wszystko, czego kiedykolwiek chciałem – odpowiedziałem. Bo właśnie tak było.