Senny koszmar
Czasami budzę się z poczuciem, że coś jest nie tak. Jakby świat, który zostawiłem za sobą w nocnym mroku, próbował mnie jeszcze do siebie przyciągnąć. Dziś jednak uczucie to było jak uderzenie w brzuch – brutalne, nagłe i pozbawione litości. Zanim otworzyłem oczy, wiedziałem, że śniłem coś strasznego. Coś, co zostawiło we mnie ślad, jak bliznę wypaloną na skórze.
Anna... Jej imię przeszywało moje myśli, nim jeszcze w pełni wróciłem do rzeczywistości. Leżałem w ciemnościach, wsłuchując się w swój przyspieszony oddech. Wiedziałem, że to tylko sen, ale wciąż czułem jego ciężar – ciężar, który zdawał się przygniatać mnie do łóżka.
W śnie wszystko zaczęło się tak zwyczajnie. Anna, jak zawsze, była pełna energii, pełna życia. Jej śmiech rozbrzmiewał w naszym małym mieszkaniu na obrzeżach Chicago, gdzie każdy kąt nosił ślad naszej miłości. Wieszaliśmy nowe firanki do salonu. Była w ciąży – ósmy miesiąc, brzuszek zaokrąglony jak obietnica nowego życia. Mówiła coś o tym, że nasza córeczka na pewno będzie lubić jasne kolory, bo Anna zawsze je uwielbiała.
Ale potem... potem coś poszło nie tak. Wspięła się na stołek, choć mówiłem, żeby tego nie robiła. Jeszcze zanim zdążyłem zareagować, stołek zachwiał się, a ona spadła. Było to jak w zwolnionym tempie – jej ciało opadające na podłogę, dłonie instynktownie wyciągnięte przed siebie. Usłyszałem głuchy dźwięk, potem jej krzyk. Krzyk, który rozrywał moje serce.
Krew. Było jej za dużo. W panice złapałem kluczyki i pomogłem Annie wstać. Jej twarz była blada, oczy pełne bólu i strachu.
– Patryk, coś jest nie tak... – powiedziała, a ja czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Szpital. Jasne światła, biegnący personel, a ja stojący w korytarzu, drżący, bezsilny. Pytania lekarzy zlewały się w jeden wielki chaos. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo jak można cokolwiek powiedzieć, kiedy świat rozpada się na kawałki?
Czekałem. Minuty wydawały się godzinami, a godziny – wiecznością. Potem wyszedł lekarz. Jego mina mówiła wszystko, zanim jeszcze otworzył usta.
– Przykro mi, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale...
Reszty nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak osunąłem się na krzesło, jakby wszystkie moje siły zostały wyssane w jednej chwili.
Obudziłem się z okrzykiem. Serce waliło mi jak młot, a ciało pokrywał zimny pot. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem w naszym łóżku, a ciepło obok mnie to Anna, śpiąca spokojnie. Jej oddech był równy, a dłoń delikatnie spoczywała na moim ramieniu.
„To tylko sen” – powtarzałem sobie w myślach, próbując się uspokoić. Spojrzałem na nią, na jej twarz, na drobne zmarszczki wokół oczu, które zawsze pojawiały się, gdy się uśmiechała. Była cała. Była tu. Nasza córeczka wciąż była bezpieczna.
Delikatnie przesunąłem rękę na jej brzuch. Czułem ciepło, puls życia, które tam rosło. Nie mogłem powstrzymać łez. Spływały cicho po moich policzkach, jak deszcz, który zmywa wszystko, co złe.
– Kocham cię – wyszeptałem, choć wiedziałem, że nie słyszy. Potrzebowałem jednak wypowiedzieć te słowa. Potrzebowałem przypomnieć sobie, co jest prawdziwe.
Leżąc tak, z dłonią na jej brzuchu, czułem, jak strach powoli ustępuje miejsca wdzięczności. Miałem wszystko, co najważniejsze. Annę. Naszą miłość. Nadzieję na przyszłość.
Koszmar odszedł, choć jego echo wciąż dźwięczało gdzieś na dnie mojej duszy. Wtedy zrozumiałem coś ważnego. Nawet jeśli czasami budzę się w ciemnościach, nawet jeśli moje sny próbują mnie złamać, zawsze mam światło, które prowadzi mnie z powrotem do rzeczywistości. Annę. Moją Annę.