Kim właściwie jestem?
Gdy budzę się wczesnym popołudniem, promienie zimowego słońca przenikają przez półprzezroczyste zasłony mojego mieszkania na ostatnim piętrze wieżowca w centrum Chicago. Przewracam się na drugi bok, próbując jeszcze na chwilę zamknąć oczy, ale to na nic. W głowie wciąż rozbrzmiewają mi echa wczorajszego koncertu. Ryk gitar, pisk fanek, mój własny głos – chociaż wczoraj dawałem z siebie wszystko, dziś brzmi w moich uszach jak echo obcej osoby.
Wstaję z łóżka i przecieram oczy. Moje ciało domaga się regeneracji, ale wiem, że prysznic postawi mnie na nogi. Wchodzę pod strumień wody, czując, jak gorące krople spływają po mojej skórze, zmywając zmęczenie i resztki wczorajszej adrenaliny. Przymykam oczy i pozwalam myślom swobodnie błądzić.
Czy to wszystko ma sens? Czy śpiewanie o miłości, buncie i wolności w świetle reflektorów to właściwa droga? Gdy byłem młodszy, każdy akord wydawał się mieć magiczną moc, każda linijka tekstu była manifestem. A teraz? Czy jestem tylko trybikiem w wielkiej machinie przemysłu muzycznego, karmionym przez menedżerów, producentów i marketingowców?
Wychodzę spod prysznica, otulam się puchowym ręcznikiem i ruszam do kuchni. Czarna kawa staje się moim jedynym sprzymierzeńcem w tych momentach porannej refleksji. Siadam przy stole, patrzę przez ogromne okno na miasto, które nigdy nie śpi.
„Kim właściwie jestem?” – myślę, wpatrując się w dal. Wokalista zespołu rockowego. Ikona stylu. Inspiracja dla tysięcy ludzi. Ale czy mogę być dumny z każdego momentu swojego życia? Z każdej podjętej decyzji? Przypominam sobie czasy, gdy zaczynaliśmy jako nieznana kapela grająca w zapomnianych klubach. Tamte noce miały w sobie prawdziwą magię. Teraz, gdy mamy trasę koncertową na trzech kontynentach i rzeszę fanów, czasem czuję, że zgubiłem ten ogień. Czy to dlatego, że sukces przychodzi z ceną, którą trudno zapłacić?
Biorę łyk kawy, czując jej gorycz na podniebieniu. Zastanawiam się, co powinienem zrobić, by w chwili swojej ostatniej refleksji nie odczuwać żalu. Może powinienem pisać więcej tekstów o tym, co naprawdę czuję, zamiast spełniać oczekiwania wytwórni? Może powinienem zaryzykować i nagrać solowy album, który byłby w stu procentach mój? A może powinienem wrócić do korzeni – zorganizować koncert w starym klubie, bez blasku fleszy i sponsorów, tylko ja, zespół i garstka ludzi, którzy przyszli tam dla muzyki?
Przywołuję w myślach twarze ludzi, którzy zmienili moje życie. Moi rodzice, którzy zawsze we mnie wierzyli, choć nie zawsze rozumieli moje wybory. Przyjaciele, którzy byli przy mnie w trudnych chwilach. Moja pierwsza miłość, która nauczyła mnie, jak boli rozstanie, ale i jak wspaniałe potrafi być uczucie oddania komuś serca. Czy oddałem im wszystkim to, co należało? Czy byłem dla nich takim wsparciem, jakiego sami potrzebowali?
Kończę kawę i odstawiam kubek na blat. Przede mną kolejny dzień, kolejna szansa, by zrobić coś, co będzie miało znaczenie. Może nie tylko dla mnie, ale i dla tych, których dotknę w jakiś sposób moim śpiewem, słowami, obecnością. Przecież w głębi duszy wiem, że muzyka może zmieniać świat. Pytanie brzmi: czy jestem gotów, by zmienić swój własny?