Apsik!
Deszcz zmywa wszystko – tak mawiała kiedyś babcia Patryka, spoglądając zza okna na strugi wody, spadające z nieba jakby zniecierpliwione ich ziemskim losem. Patryk, zielonooki, długowłosy blondyn i charyzmatyczny wokalista jednego z najbardziej rozpoznawalnych zespołów rockowych w kraju, nigdy do końca nie pojmował tej maksymy. A jednak, kiedy wracał z Anną ze spaceru wśród zacinającego, zimnego deszczu, przypomniał sobie te słowa. Być może dlatego, że w tej chwili czuł się, jakby coś w nim samym również się zmywało – fragment po fragmencie, kropla po kropli.
Anna śmiała się, ściskając jego dłoń. Jej mokre włosy przylgnęły do twarzy, a uśmiech rozświetlał pochmurny krajobraz.
– To nic, przemoczymy się, ale przynajmniej będzie co wspominać – rzuciła z beztroską. Patryk spojrzał na nią i po raz kolejny zastanowił się, czym zasłużył na taką kobietę. Anna – delikatna, cierpliwa, kochająca – wydawała się być jedynym stałym punktem w jego chaotycznym, wypełnionym trasami koncertowymi i burzliwymi emocjami życiu.
Gdy wrócili do mieszkania, oboje trzęśli się z zimna. Patryk podał Annie koc, a sam szybko zaparzył herbatę. Wieczór upłynął spokojnie, choć w głowie Patryka zaczęły kiełkować myśli, które nie dawały mu spokoju. Czuł, że deszcz tego dnia zmył nie tylko kurz z ulic, ale i zasłonę, pod którą ukrywał przed sobą pewne niewygodne prawdy.
Kiedy obudził się następnego dnia, wiedział, że coś jest nie tak. Ból gardła, zatkany nos i paląca gorączka sprawiły, że ledwo był w stanie podnieść głowę z poduszki. Anna, zaniepokojona, natychmiast przyniosła mu termometr i podała pierwsze leki.
– Nie wstawaj, ja się wszystkim zajmę – powiedziała stanowczo, a jej ton głosu nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Leżąc w łóżku, owinięty kocem, Patryk poczuł, jakby czas zwolnił. Był to dla niego stan niemal obcy – zwykle jego dni wypełniały dźwięki gitar, bębnów i okrzyki tysięcy fanów. Teraz jednak jedynym dźwiękiem był szum deszczu za oknem i stukanie naczyń w kuchni, gdzie Anna przygotowywała dla niego rosół. Czuł się bezbronny, a zarazem dziwnie oczyszczony, jakby choroba zmusiła go do zatrzymania się i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy.
Zaczął zastanawiać się nad wszystkim, co osiągnął. Popularność, bogactwo, uznanie – to wszystko wydawało się niczym w porównaniu z prostymi gestami, jakie wykonywała dla niego Anna. Jej obecność przypominała mu, że miłość nie jest hałasem, lecz ciszą. To nie krzyk tysięcy fanów, lecz ciepło jednej osoby, która otacza cię troską, gdy świat cię przytłacza.
Anna weszła do pokoju z tacą. Na niej stał talerz gorącego rosołu, szklanka wody i kilka tabletek.
– Proszę, zjedz – powiedziała z uśmiechem, siadając obok niego. Patryk spojrzał na nią i poczuł dziwną mieszaninę wdzięczności i wstydu. Wdzięczności za jej niezmienną dobroć, wstydu za to, że tak często pozwalał, by życie w blasku reflektorów przysłaniało to, co naprawdę ważne.
– Dziękuję – powiedział cicho, sięgając po łyżkę. Anna uśmiechnięta dotknęła jego ramienia.
– Nie musisz dziękować. Po prostu jedz i odpoczywaj.
Patryk jadł powoli, a każda łyżka ciepłego rosołu zdawała się nieść ukojenie nie tylko dla jego chorego ciała, ale i dla duszy. Myśli w jego głowie wirowały, szukając punktu zaczepienia. Zaczął zastanawiać się nad naturą szczęścia. Czy było ono w owacjach na stojąco? W kolejnym sprzedanym albumie? A może w uśmiechu osoby, która podaje ci kubek herbaty, gdy świat wydaje się walić na głowę?
Przypomniał sobie, jak pewnego razu, podczas koncertu, spojrzał w tłum i poczuł nagłe ukłucie samotności. Był otoczony ludźmi, a jednak czuł się pusty. Teraz, w małym pokoju, z mokrymi chusteczkami na nocnym stoliku i Anną u swojego boku, czuł się kompletny. Czyżby szczęście nie było hałasem, lecz ciszą? Czyżby nie było szukaniem, lecz znajdowaniem? Czyżby nie było światłem reflektorów, lecz blaskiem oczu ukochanej osoby?
Patryk westchnął i zamknął oczy. Anna poprawiła koc, a potem usiadła obok niego, biorąc jego dłoń w swoją. Było coś niemal mistycznego w tej chwili – jakby czas zatrzymał się, dając mu szansę, by docenił to, co naprawdę ważne. Choroba, choć nieprzyjemna, stała się dla niego okazją do refleksji, do spojrzenia na życie z perspektywy, której na co dzień brakowało.
– Anna... – Zaciekawiła się, słysząc jego cichy głos. – Wiesz, że jesteś dla mnie wszystkim, prawda?
Jej oczy wypełniły się łzami, ale uśmiech nie zniknął z twarzy.
– Wiem, Patryk. I ty dla mnie też jesteś wszystkim.
Zasnął, trzymając jej dłoń, a deszcz za oknem wciąż padał, jakby chciał przypomnieć mu o swojej mocy oczyszczania. W tej ciszy, w tej chwili, Patryk zrozumiał, że życie to nie tylko wielkie momenty, ale też małe, ciche gesty, które potrafią wypełnić człowieka prawdziwym szczęściem.