Solowa płyta
Wieczór w Chicago rozpoczynał się sennie. Chociaż miasto tętniło życiem, dla Patryka był to dzień wyjątkowy. Piątkowy wieczór miał się stać chwilą wytchnienia i celebracji, chwilą, która pozwoliłaby mu oderwać się od napięcia związanego z nadchodzącą premierą jego pierwszej solowej płyty. Właśnie dlatego zaprosił Annę, swoją narzeczoną, na kolację do jej ulubionej restauracji. Dzień wcześniej spędził godziny na planowaniu tego spotkania, choć Anna zawsze twierdziła, że nie potrzebuje wielkich gestów.
Była to niewielka restauracja na uboczu, z przytulnym oświetleniem i jazzową muzyką w tle. Kelner przywitał ich z uśmiechem, prowadząc do stolika przy oknie, z którego rozpościerał się widok na tętniące światła Chicago. Anna, złotowłosa i promienna, była jak blask w jego życiu – naturalna i szczera. Jej ciepły uśmiech sprawił, że poczuł się spokojniejszy, jakby sam jej widok mógł rozwiać wszystkie jego obawy.
– Jak się czujesz? – zapytała, kiedy usiedli, a on złapał jej dłoń, ściskając ją lekko.
– Trochę zestresowany... Ale w dobrym sensie. Nie mogę się doczekać, kiedy wszyscy usłyszą, co stworzyłem. To... to jest inne niż granie z zespołem. Czuję, że pokazuję ludziom cząstkę siebie, taką najbardziej autentyczną.
Anna spojrzała na niego z dumą. Była jego największą fanką, choć nigdy nie była nachalna w wyrażaniu tego. Miała w sobie naturalną lekkość, która pozwalała mu czuć się akceptowanym w całości – z jego sukcesami, obawami i tym, co nosił głęboko w sercu.
– Będzie cudownie – odpowiedziała pewnym tonem. – Wiem, że ludzie zobaczą to, co ja widzę w twojej muzyce. Prawdziwą pasję, prawdziwe emocje. Masz w sobie to, co potrafi poruszyć ludzi, Patryk. Dlatego zawsze w ciebie wierzyłam.
Jego zielone oczy, zwykle nieco zamglone melancholią, rozświetliły się na chwilę. Miał wrażenie, że Anna widzi go lepiej niż ktokolwiek inny. To właśnie ona pomogła mu uwierzyć, że może stworzyć coś więcej niż tylko kolejne rockowe hity. Przy niej nie był Patrykiem–wokalistą, gwiazdą sceny, ale zwyczajnym człowiekiem z marzeniami i lękami.
Rozmowa potoczyła się gładko, przeplatając się wspomnieniami, śmiechami i odrobiną zadumy. Anna pytała o proces tworzenia płyty, o inspiracje, a Patryk, otwierając się przed nią, czuł się coraz bardziej spokojny. Opowiadał o nocach spędzonych w studiu, o chwilach, kiedy wydawało mu się, że nic nie wychodzi tak, jak powinno. Ale właśnie w tych momentach myśl o Annie dawała mu siłę.
Po kolacji zdecydowali się na spacer. Nocne Chicago miało w sobie magię – neonowe światła odbijały się w kałużach na ulicach, a lekki wietrzyk przynosił zapach rzeki. Przechodzili obok parków, sklepów, a nawet ulicznych muzykantów, którzy swoim graniem tworzyli specyficzną aurę. Patryk czuł się dziwnie lekko. Jakby cały ciężar, który nosił przez ostatnie tygodnie, powoli z niego opadał.
– Wiesz, czasami nie mogę uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe – powiedział nagle, przystając na chodniku. Anna spojrzała na niego pytająco. – Ty i ja. To, że jesteś obok mnie. Tak wiele razy czułem się sam, nawet kiedy byłem otoczony ludźmi. A teraz jesteś tu ty i... to zmienia wszystko.
Anna nie odpowiedziała od razu. Po prostu podeszła bliżej, kładąc mu dłoń na policzku. Jej spojrzenie było pełne ciepła i zrozumienia.
– Patryk, ja też nie byłam pewna, czy spotkam kogoś, kto będzie dla mnie tym, kim ty jesteś teraz. Ale kiedy cię poznałam, wszystko zaczęło się układać. Ty też zmieniłeś moje życie. Bardziej, niż myślisz.
Te słowa były jak muzyka dla jego duszy. Bez zastanowienia pochylił się i pocałował ją – delikatnie, ale z całym uczuciem, które w sobie nosił. Wokół panował zgiełk miasta, ale dla nich czas zdawał się stanąć w miejscu. Patryk czuł jej bliskość, jej ciepło, i był wdzięczny za każdą chwilę, którą mogli spędzić razem.
– Chodźmy – powiedział w końcu, ściskając jej dłoń. Ruszyli dalej, zanurzając się w uliczki, które zdawały się śpiewać swoją własną melodię. Dla Patryka ta noc była jak fragment utworu, który chciał zapamiętać na zawsze – pełen spokoju, piękna i prawdy.