Budzik brzęczał jak roztrzęsiony owad uwięziony w szklanej pułapce. Nie chciałem go wyłączać. Nie chciałem się ruszać. Nie chciałem otwierać oczu i witać kolejnego dnia, który niczego nie zmieni. Leżałem nieruchomo, wpatrując się w sufit, w którego nierównej powierzchni dostrzegałem zarysy twarzy, postaci, cienie dawnych dni i niespełnionych obietnic.
Telefon zaczął dzwonić. Raz, drugi, piąty. Każdy sygnał był jak lodowaty sztylet wbijany w moją czaszkę. Nie miałem siły odebrać. To pewnie menedżer, pytający, gdzie jestem i dlaczego jeszcze nie pojawiłem się na próbie. Może ktoś z zespołu, zirytowany moim milczeniem. Może jakaś dziennikarka, łaknąca wywiadu. Albo ktoś, komu powinno na mnie zależeć, ale ja nie miałem już siły w to wierzyć.
Przetoczyłem się na bok, zawijając ciało w kołdrę jak kokon, jakby mogła mnie ochronić przed światem, który nieustannie wymagał ode mnie więcej, niż byłem w stanie dać. Pustka w brzuchu była prawie przyjemna, jak otępienie po zbyt wielu kieliszkach whisky. Nie chciałem jeść. Nie chciałem nawet myśleć o jedzeniu. Byłem zmęczony – zmęczony istnieniem, zmęczony hałasem, zmęczony udawaniem.
Godziny mijały niezauważenie, a ja dryfowałem w letargu, dopóki nie wyrwało mnie z niego głośne, natarczywe pukanie do drzwi. Próbowałem je zignorować, ale uderzenia stawały się coraz bardziej stanowcze.
– Patryk, otwieraj! – rozpoznałem głos Erica, mojego przyjaciela jeszcze ze szkolnych czasów. Ostatni człowiek, który może miał prawo wchodzić tu bez zaproszenia.
Nie ruszyłem się. Może sobie pójdzie. Może zrozumie, że nie mam ochoty na towarzystwo. Ale Eric zawsze był uparty. Po chwili usłyszałem, jak klucz przekręca się w zamku. Cholera. Zostawiłem mu klucz dawno temu, w innym życiu, kiedy myślałem, że przyjaciele są czymś stałym, że nigdy się nie oddalą. Nie oddał mi go. I teraz to wykorzystywał.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem i po chwili Eric stanął w progu mojej sypialni. Wysoki, ciemnowłosy, z determinacją wymalowaną na twarzy. Przebiegł wzrokiem po pokoju – ubrania rzucone byle gdzie, puste butelki, przewrócona lampa. Potem spojrzał na mnie i jego wyraz twarzy złagodniał.
– Patryk, co ty do cholery wyprawiasz? – zapytał, siadając na krawędzi łóżka.
Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt zmęczony, by szukać wymówek.
– Słyszałem, że nie odbierasz telefonu. Zespół martwi się o ciebie. Nie odzywasz się, nie pojawiasz się na próbach. Kiedy ostatnio coś jadłeś?
Wzruszyłem ramionami. Nie pamiętałem. I nie obchodziło mnie to.
Eric westchnął i przeciągnął dłonią po twarzy.
– Nie możesz tak dalej, stary. Musisz się pozbierać.
Parsknąłem cicho, ale bez śladu rozbawienia.
– Naprawdę? Po prostu mam się „pozbierać”? Bo tak się mówi? Bo tak trzeba? Bo życie nie czeka? – Głos zabrzmiał mi ochryple, jakbym od tygodni nie używał strun głosowych.
Eric nie odwrócił wzroku. Zawsze był jedyną osobą, która potrafiła wytrzymać mój gniew, moje zamknięcie w sobie.
– Nie, bo jesteś moim przyjacielem. Bo nie chcę patrzeć, jak się wyniszczasz.
Milczałem. Przez chwilę myślałem, że może się podda, że zostawi mnie w tym bagnie, w którym tkwiłem, ale on sięgnął po telefon, wybrał numer i przyłożył go do ucha.
– Tak, poproszę dużą pepperoni i colę. Tak, ten adres. Dzięki.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
– Serio? Zamawiasz pizzę?
– Tak – powiedział spokojnie. – Bo wiem, że nie odmówisz, kiedy zobaczysz ją przed sobą. I bo wiem, że twoje „nie chcę jeść” to tylko mechanizm obronny.
Przekląłem pod nosem, ale nie znalazłem siły, by go wyrzucić. Może... może miał rację. Może nie powinienem odtrącać jedynej osoby, która jeszcze się o mnie troszczyła.
***
Zamykam drzwi za Ericem i przez chwilę opieram się o nie plecami, nasłuchując, jak jego kroki cichną w korytarzu. To dziwne, ale pierwszy raz od dłuższego czasu nie czuję się kompletnie pusty. Jestem wyczerpany, ale jakby inaczej – nie tą gęstą, lepką pustką, która oblepiała mnie przez ostatnie miesiące. Teraz czuję coś innego, jakby... coś we mnie drgnęło. Może to nadzieja? Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem nadzieję.
Z powolnym westchnieniem odklejam się od drzwi i wracam do salonu. Na stole leży niedojedzona pizza, którą zamówiliśmy wcześniej. Eric zjadł swoje kawałki, a ja dłubałem w swoim, nie mając apetytu. Ale teraz, kiedy siedzę na kanapie, czuję, że jednak mam ochotę coś przegryźć. Chwytam kawałek i przeżuwam powoli. To tylko pizza, zwykła, tania, tłusta pizza, ale smakuje lepiej niż cokolwiek od miesięcy. Może dlatego, że zjadam ją z jakimś celem – jakbym próbował na nowo nawiązać kontakt z własnym ciałem.
Po zjedzeniu ostatniego kęsa odchylam głowę i wpatruję się w sufit. Myślę o tym, co powiedział Eric. Jego słowa odbijają się echem w mojej głowie: „Nie jesteś sam, Pat. Nawet jeśli w to nie wierzysz, ja tu jestem”. Powtarzam sobie te słowa w myślach, jak mantrę. Może jeśli powiem je wystarczająco wiele razy, uwierzę, że to prawda.
Przecieram twarz dłońmi. Tak, stanowczo się zaniedbałem. Jestem cieniem samego siebie. Mój apartament jest ponury, przepełniony zapachem stęchłego powietrza i niewyrzuconych śmieci. Ja sam wyglądam równie kiepsko – włosy mam przetłuszczone, cera blada, oczy podkrążone jak u człowieka, który zapomniał, co to sen. Eric miał rację – jeśli nie zacznę działać, pochłonie mnie to całkowicie.
Zbiera mi się na śmiech, choć jest to bardziej chichot desperacji. To prawda, muszę coś zrobić. Muszę coś zmienić.
Wstaję i kieruję się do łazienki. Powolne, niemal mechaniczne ruchy – zdejmuję koszulkę, spodnie, wszystko ląduje w kącie. Odkręcam wodę i czekam, aż wanna napełni się ciepłą wodą. Kiedy wchodzę do środka, moje ciało w końcu rozluźnia się pod wpływem przyjemnego ciepła. Opieram głowę o krawędź wanny i zamykam oczy.
Czuję, jak napięcie powoli mnie opuszcza. Oddycham głęboko, wsłuchując się w plusk wody. Myśli kłębią się w mojej głowie, ale tym razem nie przytłaczają. To nie ten rodzaj chaosu, który odbiera mi zdolność funkcjonowania. To raczej wir refleksji, który mogę obserwować, nie tonąc w nim.
Jestem zaskoczony. Rozmowa z Ericem rzeczywiście coś zmieniła. Jeszcze kilka godzin temu czułem się, jakbym dryfował w czarnej otchłani, bez celu, bez przyszłości, bez chęci do czegokolwiek. A teraz... teraz widzę, że może jednak jest jakieś wyjście. Może to nie tunel bez końca. Może jest tam gdzieś wyjście, choćby najmniejsze światełko. I jeśli jest – to muszę się go uchwycić.
Otwieram oczy i spoglądam na swoje dłonie zanurzone w wodzie. Tak. Muszę się za siebie wziąć. Nie mogę pozwolić, by to gówno mnie zniszczyło. Nie jestem sam. Mam Erica. A jeśli on wierzy, że mogę się podnieść, to może ja też powinienem w to uwierzyć.
Ciepło wody otula mnie, a ja po raz pierwszy od dawna pozwalam sobie na moment spokoju. Nie wiem, co będzie jutro. Nie wiem, czy dam radę walczyć. Ale dziś zrobiłem pierwszy krok. I to musi wystarczyć.