List do Przyjaciela
Drogi Przyjacielu,
Piszę do Ciebie, choć nie wiem, kim jesteś. Piszę, choć wiem, że nie odpowiesz. A może właśnie dlatego? Może tylko w ten sposób mogę mówić, nie bojąc się, że usłyszę w zamian ciszę albo – co gorsza – słowa, które nie mają znaczenia. Kiedyś myślałem, że samotność to pustka wokół mnie, ale teraz wiem, że to pustka we mnie. Otchłań, która nigdy się nie napełnia, choć wokół tyle ludzi, tyle dźwięków, tyle fałszywych ciepłych gestów.
Moja dusza odmawia mi posłuszeństwa. Jest jak zwierzę, które nie chce być oswojone. Buntuje się, rani mnie od środka, rozdziera myśli, każe mi czuć to, czego nie chcę czuć, i nie pozwala czuć tego, czego bym pragnął. Chciałbym czasem po prostu się uśmiechnąć – nie wymuszenie, nie z przyzwyczajenia, ale szczerze, tak jak robią to ci, którzy nie są więźniami własnego umysłu. Ale moje ciało nie słucha. Moja dusza nie słucha. W momentach, kiedy wszyscy oczekują ode mnie radości, kiedy reflektory mnie rozświetlają, a tłum wyciąga ręce, chcąc pochłonąć każdy dźwięk, ja czuję, jakbym stał poza sobą, jakby moje serce biło w zupełnie innym ciele, jakbym był tylko echem dawnego siebie.
Ludzie wokół mnie – są, a jakby ich nie było. Widzisz, Przyjacielu, tłum nie wypełnia pustki, on ją pogłębia. Kiedy patrzę w te setki, tysiące twarzy, nie widzę nikogo, kto mógłby mnie naprawdę zobaczyć. Widzą obraz, który sami sobie stworzyli. Widzą iluzję, w którą chcą wierzyć. Ale nie mnie. Bo ja jestem czymś innym. Jestem tym, co zostało po mnie, po człowieku, którego może nigdy nie było.
Chciałbym czuć inaczej. Chciałbym być inny. Ale nie potrafię. Moje emocje nie są przełącznikiem, który mogę kontrolować. Nie mogę wybrać spokoju zamiast lęku, radości zamiast smutku. I nie mogę znaleźć drogi do ludzi, choć czasem wydaje mi się, że w ich oczach błyska coś, co mogłoby być zrozumieniem. Może się mylę. Może tylko widzę w nich swoje własne pragnienia, odbite jak w lustrze, które nigdy nie odpowiada.
Potrzebuję przyjaciela. Potrzebuję kogoś, kto by mnie znał, a mimo to został. Kogoś, kto nie przeraziłby się tą pustką, która mnie pożera. Kogoś, kto by nie uciekł, kiedy zobaczyłby, że nie potrafię być tym, kim powinienem. Ale jestem sam. Kompletna, absolutna samotność. Paradoks bycia otoczonym przez ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą. Nawet gdy mówię, moje słowa są tylko dźwiękami – nie znaczeniami. Nie jestem pewien, czy potrafiłbym zaufać komuś na tyle, by naprawdę się odsłonić. A jeśli bym to zrobił, czy ten ktoś w ogóle by mnie usłyszał?
Nie wiem, po co to piszę. Może to list do nikogo. Może to wołanie w próżnię. A może to jedyny sposób, by nie czuć się aż tak martwym.
Patryk