Zmęczony
Siedzę na balkonie, trzymając w dłoni kieliszek wina. Czerwień trunku odbija światła miasta, migocząc delikatnie w szklanej tafli, ale dla mnie to tylko bezsensowna gra świateł. Beznadziejnie wpatruję się w nocne niebo, a mój wzrok wędruje po rozświetlonych oknach wieżowców. Za każdą z tych szyb kryją się czyjeś historie – ludzie śmiejący się, rozmawiający, kochający i kochani. Tylko ja siedzę tu, sam, wśród wysokich ścian mojego apartamentu, wśród dźwięków miasta, które dawno przestało cokolwiek dla mnie znaczyć.
Cisza jest gęsta, przerywana jedynie sporadycznym szumem ulic i odległym wyciem syren. Czuję, jak przygniata mnie do krzesła, wciąga w swój wir, odbiera oddech. Popijam łyk wina, ale nie przynosi ulgi – smak jest gorzki, jak wszystko ostatnimi czasy. Ocieram ukradkiem łzę spływającą po policzku, choć nikt jej nie widzi. Może to od wiatru, może od zmęczenia. Nie chce mi się nawet szukać wymówek.
Nie wiem, czy jeszcze pamiętam, jak to jest czuć się dobrze. Nie tym pozornym, powierzchownym „dobrze”, jakie pokazuję światu, ale prawdziwie, głęboko, aż do samego wnętrza. Od lat nie potrafię dostrzegać piękna życia. Wszystko, co kiedyś miało sens, teraz wydaje się odległe, rozmazane. Czasem zastanawiam się, czy to ja zgubiłem życie, czy może ono mnie. Bywały momenty, kiedy muzyka była moim azylem, kiedy scena pozwalała mi na chwilę uciec od własnych demonów. Teraz jednak nawet dźwięki mojej gitary wydają się obce. Jakby coś we mnie pękło i nie było już drogi powrotnej.
Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się w mojej głowie. Zamknąłem się w sobie dawno temu, budując wokół siebie mur, który z każdym dniem staje się coraz wyższy. Nie rozmawiam o swoich uczuciach. Nawet nie wiem, jak miałbym ubrać je w słowa. A może po prostu boję się, że nikt nie zrozumie? Że usłyszę te same puste frazesy: „wszystko będzie dobrze”, „musisz myśleć pozytywnie”, „masz wszystko, czego można pragnąć, więc dlaczego jesteś nieszczęśliwy?”. Tylko że nieszczęście nie działa na logikę. Nie da się go przekonać pieniędzmi, sukcesem, ani tym, co inni nazywają „dobrym życiem”.
W mojej głowie wszystko ma tylko jeden odcień – ciemność. Gęsta, lepiąca, nieprzenikniona. Wspomnienia bolą. Przyszłość wydaje się pusta. Przeszłość – zbyt odległa, jakby nigdy się nie wydarzyła. Czasem mam wrażenie, że dryfuję przez życie bez celu, jak liść porwany przez wiatr. Że to wszystko, ten cały świat, to tylko iluzja, teatr, w którym gram swoją rolę, ale już dawno zapomniałem scenariusza.
Sięgam po butelkę i dolewam sobie więcej wina. Może to głupie, może nie powinienem, ale co za różnica? Przynajmniej przez chwilę mogę poczuć coś innego niż tę duszącą pustkę. Patrzę na swoje dłonie – dłonie, które kiedyś grały z pasją, pisały teksty, które miały znaczenie. Teraz są tylko narzędziem mechanicznie wykonującym swoją pracę. Wydaje mi się, że już nawet nie wiem, kim jestem, gdy gasną światła sceny. Bo kiedy nikt nie patrzy, nie zostaje ze mnie nic.
Czasem próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało życie, zanim stało się tym, czym jest teraz. Przed bólem, przed rozczarowaniem, przed poczuciem beznadziei. Ale wspomnienia są jak rozmazane zdjęcia – widzę zarys, ale brakuje detali. Może kiedyś było inaczej, a może po prostu wmawiam sobie, że coś się zmieniło, żeby znaleźć w tym jakąś logikę. Bo jeśli życie zawsze było takie... to co mi pozostaje?
Gdzieś w oddali słyszę muzykę – jakaś kapela gra na żywo w jednym z barów. Śmiechy, rozmowy, gwar miasta. Świat nie zatrzymał się tylko dlatego, że ja się zgubiłem. A ja? Siedzę tutaj, pośród nocy, pijąc wino, myśląc o niczym i o wszystkim jednocześnie, pozwalając, by kolejne godziny przeciekały mi przez palce. Nie wiem, co będzie jutro. Może wstanę i znowu udam, że wszystko jest w porządku. Może napiszę nową piosenkę, może po prostu przeleżę cały dzień w łóżku, pozwalając, by czas sam mnie pochłonął.
A może po prostu nic się nie zmieni. Tak jak zawsze.