Wewnętrzna pustka
Patryk siedział na balkonie swojego apartamentu w Chicago, w dłoni trzymając kieliszek czerwonego wina. Chłodne, nocne powietrze owiewało jego twarz, a miasto tętniło życiem pod nim, w zupełnym kontraście do pustki, która go otaczała. Światła neonów odbijały się w jego zielonych oczach, nadając im niepokojący blask. Długie blond włosy, lekko zmierzwione wiatrem, opadały na ramiona, a on nawet nie próbował ich odgarnąć. Nie miało to znaczenia. Nic już nie miało.
Wziął kolejny łyk wina, czując jego cierpki smak na języku, jakby chciał nim zagłuszyć gorycz zalegającą w sercu. Nie wiedział, czy to działa, ale pił dalej, pozwalając alkoholowi rozgrzać jego zimne, zmęczone ciało. Podparł się łokciem o poręcz, a drugą ręką otarł ukradkiem łzę, która spłynęła po jego policzku. Nie był typem człowieka, który pozwalał sobie na łzy. Nie miał do kogo mówić o tym, co go trawiło od środka. O tych cieniach, które oplatały jego umysł, dusząc powoli, systematycznie, od lat.
Depresja była jego cichą towarzyszką, nieproszonym gościem, który nigdy nie opuszczał jego życia. Przychodziła nocą, szeptała do ucha myśli, które wbijały się głęboko w jego duszę jak szpilki. Budził się nad ranem, czasem zlany potem, innym razem zupełnie osowiały, z pustką w oczach i uczuciem, że każdy kolejny dzień jest tylko kolejną godziną do przetrwania, a nie do przeżycia.
Nie dostrzegał piękna świata. Nigdy nie potrafił go dostrzec. Nawet jako dziecko, nawet wtedy, gdy marzył o wielkich scenach i tysiącach ludzi skandujących jego imię, nigdy nie czuł tego wewnętrznego płomienia, który zdawał się napędzać innych. Świat był dla niego zbiorem przypadkowych kształtów i kolorów, które istniały niezależnie od jego obecności. Nie miał bratniej duszy, kogoś, kto mógłby go zrozumieć bez słów, kto znałby jego najciemniejsze myśli i nie odwróciłby wzroku.
Muzyka była jedynym językiem, w którym potrafił mówić o swoim bólu. Każdy wers, który napisał, każda melodia, którą stworzył, była odbiciem jego duszy. Ludzie słuchali jego piosenek, utożsamiali się z nimi, ale nie rozumieli, jak bardzo były osobiste. Na scenie był bogiem, kimś, kogo podziwiano, wielbiono, ale w samotności pozostawał tylko człowiekiem – człowiekiem, który nie wiedział, dlaczego nadal oddycha.
Wypił resztę wina, spoglądając na ulicę daleko pod sobą. Samotne postacie snuły się po chodnikach, samochody sunęły leniwie, świat funkcjonował dalej, zupełnie nieświadomy jego bólu. Przymknął powieki i westchnął. Czy był jeszcze dla niego ratunek? Czy ktokolwiek mógłby wyciągnąć go z otchłani, w którą spadał każdego dnia coraz głębiej?
Wiatr przyniósł ze sobą dźwięki nocnego miasta – sygnały karetek, odgłosy śmiechu gdzieś w oddali, delikatne szumy rozmów dochodzące z sąsiednich balkonów. Ale dla Patryka wszystko to było tylko tłem, bezbarwnym szumem w jego ciemnym świecie. Dokończył wino, odstawił pusty kieliszek na stolik i przetarł dłonią twarz, próbując odegnać chociaż na chwilę to uczucie przytłoczenia.
Był zmęczony. Zmęczony sobą, zmęczony światem, zmęczony walką, której sensu nie widział. Ale mimo to, każdej nocy, każdego poranka, otwierał oczy i trwał. Nie wiedział, czy to była siła, czy po prostu bezwładne dryfowanie w kierunku końca. Może jedno i drugie.
Balkon stał się jego azylem. Tu mógł być sobą, bez maski, bez udawania. Tu nikt go nie widział. Nikt nie pytał, jak się czuje. I może właśnie tego potrzebował najbardziej – nie słów, nie pocieszenia, a po prostu ciszy, w której mógłby istnieć, choć na chwilę bez tej wszechogarniającej pustki.