Urodziny Zofii
To kolejny chłodny poranek w Chicago. Promienie zimowego słońca wpadają przez ogromne okna mojego apartamentu, rozlewając się ciepłym światłem na drewnianej podłodze. Wciągam głęboko powietrze i przeciągam się leniwie, czując, jak poranna ospałość powoli ustępuje.
Dziś wyjątkowy dzień – urodziny Zofii, mamy Anny. Lubię ją. Jest ciepłą, serdeczną kobietą, która od początku traktowała mnie jak syna. To nie jest wcale takie oczywiste – być zaakceptowanym przez rodzinę żony, szczególnie gdy jest się wokalistą rockowego zespołu. Ale Zofia nigdy nie oceniała mnie przez pryzmat mojej kariery. Widziała we mnie człowieka, a to dla mnie wiele znaczy.
Anna krząta się w kuchni. Piecze swoją słynną szarlotkę – zapach cynamonu i jabłek wypełnia całe mieszkanie. To jeden z tych aromatów, które niosą ze sobą ciepło domowego ogniska. Obserwuję ją przez chwilę. Włosy ma związane w luźny kucyk, na policzkach rumieńce od gorąca piekarnika. Jest piękna w tej codzienności. Czasem nie mogę uwierzyć, że ją mam.
Biorę gitarę, delikatnie przesuwam palcami po strunach, testując ich napięcie. Brzmienie jest czyste, dźwięczne. Zabieram ją ze sobą – wiem, że Zofia lubi, gdy gram. To zawsze sprawia jej radość.
Zanim wychodzimy, jeszcze raz sprawdzam swoje odbicie w lustrze. Długie blond włosy swobodnie opadają mi na ramiona. Zielone oczy, jak zwykle, zdradzają zbyt wiele emocji. Czasem zastanawiam się, czy to nie jest przekleństwo – czuć tak mocno, dostrzegać rzeczy, które inni ignorują. Wzdycham i sięgam po płaszcz.
Kupuję bukiet białych róż. Są eleganckie, klasyczne, pełne delikatności. Pasują do Zofii – do jej subtelnej natury i łagodnego usposobienia. Wiem, że się ucieszy.
W drodze do jej domu rozmawiamy z Anną o wszystkim i o niczym. O planach na kolejne miesiące, o nowych piosenkach, o tym, co ostatnio przeczytaliśmy. Lubię te rozmowy. Są jak muzyka – płyną bez przymusu, naturalnie. To rzadkie.
Gdy Zofia otwiera drzwi, uśmiecha się ciepło. Jest w tym uśmiechu coś, co rozbraja wszelki chłód, jaki mógłby jeszcze pozostać w moim sercu. Przytula Annę, potem mnie. Pachnie wanilią i lawendą – znajomo, kojąco.
Rozmowa toczy się wartko. Śmiejemy się, wspominamy dawne czasy, rozmawiamy o muzyce, o życiu, o wszystkim, co w danym momencie przychodzi nam do głowy. Atmosfera jest lekka, beztroska. Czuję się tu dobrze, jakbym na chwilę znalazł się poza światem, który zwykle pędzi zbyt szybko.
Siadam na kanapie i biorę gitarę. Kilka pierwszych dźwięków rozbrzmiewa w powietrzu. Gram coś spokojnego, ciepłego, coś, co pasuje do tej chwili. Zofia zamyka oczy i uśmiecha się. Anna delikatnie dotyka mojej dłoni. Wiem, że w tej chwili wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
I może to właśnie o to chodzi w życiu – o takie momenty. O zapach cynamonu, dźwięk gitary, dotyk ukochanej osoby i uśmiech kogoś, kto przyjmuje cię jak swojego.
***
Patryk przeciągnął się leniwie, patrząc przez panoramiczne okno swojego apartamentu na rozświetlone poranne słońcem Chicago. Miasto budziło się do życia, ale on czuł się jakby nadal dryfował gdzieś pomiędzy snem a rzeczywistością. Lubił te poranki, gdy świat wydawał się nierzeczywisty, jak scena z filmu.
Oparł się o parapet, wpatrując się w ulicę poniżej. Myślał o dzisiejszym dniu. Urodziny Zofii. Matka Anny była dla niego kimś więcej niż tylko teściową – ciepłem, domem, namiastką rodzinnej miłości, której często brakowało w jego życiu. To, jak traktowała go z czułością i akceptacją od samego początku, było dla niego nieocenione. Chciał, żeby ten dzień był wyjątkowy.
Spojrzał na Annę, krzątającą się w kuchni. Jej długie, kasztanowe włosy opadały na ramiona, gdy pochylała się nad blatem, krojąc jabłka do szarlotki. Uśmiechnął się pod nosem. Kochał ją za tę codzienną, niewymuszoną czułość, za to, że potrafiła sprawić, iż nawet najzwyklejsze momenty miały sens.
– Myślisz, że jej się spodoba? – zapytała, zerkając na niego z lekkim niepokojem.
– Oczywiście. Nie znam nikogo, kto nie kochałby twojej szarlotki – odpowiedział, podchodząc i muskając jej skroń pocałunkiem.
Postanowił, że dorzuci coś od siebie. Sięgnął po swoją gitarę. Chciał, by ten dzień był pełen muzyki. Zofia uwielbiała, gdy grał, a on lubił ten błysk radości w jej oczach, gdy dźwięki wypełniały pokój.
Po drodze na spotkanie wstąpił jeszcze do kwiaciarni. Białe róże. Subtelne, eleganckie, pełne ciepła. Idealnie pasowały do Zofii.
Gdy dotarli na miejsce, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Zofia powitała ich z uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakby czekała na nich od rana. Jej serdeczność była jak otulenie ciepłym kocem. Zapach świeżo zaparzonej kawy i cynamonu unosił się w powietrzu, mieszając się z aromatem pieczonego ciasta.
Rozmowa płynęła swobodnie. Śmiech przeplatał się z cichszymi chwilami wspomnień. Było w tym coś tak prostego, a zarazem pięknego. Patryk czuł się lekko, jakby na chwilę świat przestał pędzić. To były momenty, które chciał zatrzymać na dłużej.
W końcu chwycił gitarę. Opuszki palców odnalazły znajome akordy. Zagrał coś spokojnego, melancholijnego, a potem pozwolił muzyce płynąć swobodnie, dopasowując dźwięki do atmosfery chwili. Zofia słuchała z zamkniętymi oczami, Anna delikatnie kołysała się w rytm melodii.
Kiedy skończył, przez chwilę panowała cisza, jakby nikt nie chciał jej przerwać. Potem Zofia westchnęła z uśmiechem.
– To był najpiękniejszy prezent – powiedziała, ściskając jego dłoń.
Patryk spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko. W takich chwilach czuł, że jest we właściwym miejscu. Nie na wielkiej scenie przed tysiącami fanów, nie w studiu nagraniowym, lecz tutaj – w ciepłym domu, otoczony ludźmi, którzy byli dla niego rodziną.