Szaleństwo i nadzieja
Patryk stał przy dużym oknie w swoim przestronnym apartamencie, w dłoni trzymając kubek gorącej kawy. W zielonych oczach odbijał się blask migotliwych świateł miasta, w oczach pełnych tęsknoty i refleksji. Na pozór życie, które prowadził, mogło uchodzić za spełnienie marzeń – koncerty przed tysiącami fanów, wywiady, uznanie i aplauz. Jednak w środku czuł się pusty, jakby świat, który zbudował, był jedynie dekoracją, za którą kryło się coś zupełnie innego.
Krople deszczu delikatnie uderzały o szybę, przypominając spokojne, miarowe bicie serca. Patryk spoglądał na swoje odbicie, jakby chciał odnaleźć w nim odpowiedzi, ale zamiast tego widział jedynie cień człowieka, który kiedyś był pełen nadziei. Myśli powoli dryfowały ku jej obrazowi – tej, która zjawiała się w jego snach, pełna ciepła i spokoju. Nie znał jej imienia, ale wiedział, że gdzieś istnieje. Marzył, że pewnego dnia rzeczywistość połączy ich ścieżki i świat nareszcie nabierze sensu.
Zamknął oczy, a obrazy zaczęły przepływać przez jego umysł jak film. Widział ją na skraju jeziora, gdzieś daleko od tłumów, w miejscu, gdzie mógł być sobą. Jej uśmiech rozświetlał ciemności, które zdawały się oplatać jego życie. W snach ich dłonie splatały się w idealnej harmonii, a ich głosy brzmiały jak melodia, której szukał przez całe życie. Każde przebudzenie było jak upadek w pustkę, w której nie mógł jej znaleźć.
Odwrócił się od okna i spojrzał na zegar – wskazówki zbliżały się do północy. Z każdym tyknięciem czuł, jak wypełnia go coś na kształt melancholii, ale i determinacji. Gdzieś wewnątrz niego kiełkowało przekonanie, że musi czekać, niezależnie od tego, ile to potrwa. Miłość, którą nosił w sercu, była jak ogień – nie gasła, nawet jeśli chłód samotności próbował ją zdławić.
Patryk usiadł w fotelu, stawiając kubek na małym stoliku obok. Ciepło kawy jeszcze unosiło się w powietrzu, a zapach przypominał mu o małych przyjemnościach, które wciąż potrafiły przynieść chwilowe ukojenie. Wziął do ręki gitarę, która stała oparta o ścianę. Przebiegł palcami po strunach, wydobywając z niej spokojną, niemal szeptaną melodię. Każdy dźwięk zdawał się być rozmową z samym sobą, próbą nazwania tego, co czuł, choć słowa wydawały się zbyt ubogie, by to wyrazić.
– Czy jesteś gdzieś tam? – wyszeptał, jakby jego pytanie mogło dotrzeć do niej poprzez przestrzeń i czas. W głębi serca wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi, ale sama myśl o tym, że mogłaby go usłyszeć, dodawała mu siły.
Wielu uważało, że Patryk jest człowiekiem sukcesu. Jednak dla niego sukces nigdy nie był celem samym w sobie. Był jedynie środkiem – drogą, którą podążał, by odnaleźć coś prawdziwego, coś, co nie przeminie wraz z chwilową sławą. Miłość była dla niego tym, co nadawało sens istnieniu, a jednocześnie czymś, co wydawało się tak ulotne i nieuchwytne jak mgła nad rzeką o poranku.
Północ wybiła. Echo dźwięku zegara rozeszło się po cichym mieszkaniu. Patryk odłożył gitarę i ponownie spojrzał w okno. Gdzieś na schodach usłyszał szmer – dźwięk, który na moment przyspieszył jego oddech. Jednak po chwili wszystko ucichło. To nie była ona. Nie dziś.
Patryk uśmiechnął się smutno i przymknął oczy. Być może jutro, pomyślał. Być może za tydzień, miesiąc, a może dopiero za wiele lat. Ale nie zamierzał przestać czekać. Gdzieś w głębi duszy wierzył, że miłość jest warta każdej chwili samotności, każdego uderzenia pustki, każdego snu, po którym budził się z niedosytem.
Niektórzy powiedzieliby, że to szaleństwo – trwać w oczekiwaniu na coś, co być może nigdy się nie wydarzy. Ale dla Patryka to nie było szaleństwo. To była nadzieja. A nadzieja, nawet jeśli czasem bolała, była tym, co pozwalało mu żyć.