Pamiętnik
Dzień: 23 października
Dziś poczułem nieodpartą potrzebę, by wyrwać się z czterech ścian apartamentu i uciec od zgiełku miasta. Chicago, choć pełne życia, bywa przytłaczające. Ta jesienna szarość, mgła unosząca się nad rzeką, chłodny wiatr delikatnie smagający policzki – wszystko to zdawało się wołać mnie na spacer. Nie wiedząc dokładnie, dokąd się skierować, nogi zaprowadziły mnie na cmentarz. Zawsze czułem, że to miejsce ma w sobie coś więcej niż smutek i melancholię. Jest tu cisza, jakiej nie znajdę nigdzie indziej. Cisza, która zaprasza do rozmowy z samym sobą.
Idąc wzdłuż równo ułożonych alejek, podziwiałem stare nagrobki porośnięte mchem, popękane marmurowe płyty i wyblakłe inskrypcje, które opowiadały historie ludzi już dawno zapomnianych. Każde z tych nazwisk było jak niewielki fragment większej układanki, której obrazem jest życie. Nie mogłem powstrzymać myśli: dlaczego się rodzimy, skoro tak szybko odchodzimy? Jaki jest sens tego wszystkiego, skoro każda opowieść kończy się w tym miejscu, pod warstwą ziemi? Czy śmierć jest tylko końcem, czy może początkiem czegoś nowego?
Dotarłem do grobu moich rodziców. Chociaż minęło już wiele lat od ich odejścia, wciąż czuję pustkę. Zapaliłem znicz i usiadłem na zimnym kamieniu, wpatrując się w ich imiona wyryte w granicie. Mój oddech unosił się w powietrzu, mieszając się z zapachem wilgotnych liści. Nie potrafiłem powstrzymać łez. Wspomnienia powróciły jak lawina: mama śpiewająca kołysanki, tata uczący mnie grać na gitarze, ich wspólny śmiech podczas rodzinnych kolacji. Teraz to wszystko istnieje tylko we mnie, jak delikatne echo, które z czasem staje się coraz cichsze.
Zastanawiałem się, czy wiedzieli, jak bardzo ich kochałem. Czy powiedziałem to wystarczająco często? Czy byłem dobrym synem? W takich chwilach żałuję, że czas jest nieubłagany, że nie można go cofnąć, choćby na chwilę, by móc jeszcze raz powiedzieć: „Dziękuję”, „Przepraszam”, „Kocham was”.
Siedząc tam, odczułem coś dziwnego. Było to jak ciepło, delikatne i kojące, które zdawało się emanować z wnętrza. Może to tylko moje wyobrażenie, a może coś więcej? Czy duchy naszych bliskich naprawdę czuwają nad nami? Chciałbym wierzyć, że tak jest.
Kiedy zapadł zmrok, cmentarz przybrał zupełnie inną postać. Lampiony migotały w ciemności jak maleńkie gwiazdy. Wiatr stał się bardziej przenikliwy, a światło księżyca przebijało się przez nagie gałęzie drzew, tworząc cienie, które tańczyły na marmurowych płytach. Powoli wróciłem na główną aleję i skierowałem się w stronę wyjścia. Każdy krok odbijał się echem w mojej głowie, jakby ten spacer miał być czymś więcej niż tylko przechadzką.
Wróciłem do apartamentu, a miasto wciąż pulsowało swoim rytmem. Lecz ja czułem się jakby wyjęty z tego świata, jakby na chwilę zawieszony między życiem a czymś, co jest poza nim. Rozsiadłem się na kanapie, otulony ciepłym kocem, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach. Zamyślony wpatrywałem się w światła Chicago za oknem. Może odpowiedzi na moje pytania nie znajdę nigdy. Może nie ma jednej prawdy o życiu i śmierci. Ale jedno wiem na pewno – życie, choć ulotne, jest cenne. To my nadajemy mu sens, kochając, tworząc, wspominając. I może to właśnie jest klucz: aby żyć tak, by po nas pozostało coś więcej niż tylko imię wyryte na kamieniu.