Oczekiwanie
Noc spowijała Chicago, a deszcz cicho bębnił o ogromne okna apartamentu Patryka. W ciemności, na skraju łóżka, siedział on – samotny, jak zawsze, z głową ciężką od myśli, które były jego nieustannymi towarzyszami. W dłoni ściskał szklankę whiskey, ale alkohol już dawno przestał działać na jego ból. Patrzył w mrok, czując, jak chłód powoli wpełza pod skórę, oplatając jego serce żelaznym uściskiem.
Anna. Jej imię było echem, które odbijało się od ścian jego umysłu, powracając raz po raz, choć próbował je odepchnąć. Każdy szept wiatru, każde wspomnienie uderzało w niego z taką siłą, że czuł się jak statek roztrzaskiwany o skały. Kochał ją. Kochał ją miłością beznadziejną, wyniszczającą, taką, która nigdy nie miała znaleźć spełnienia. Była jak światło w oddali, do którego nie mógł się zbliżyć, jak piosenka, której melodia go prześladowała, ale której nigdy nie mógł dokończyć.
Zamknął oczy i zobaczył ją – jej ciemne, pełne tajemnicy oczy, delikatny uśmiech, który rozjaśniał jego świat, choć nie był przeznaczony dla niego. Nigdy nie poczuł smaku jej ust, nigdy nie ogrzał się w jej ramionach. Żył w świecie fantazji, w którym mógłby sięgnąć po nią, a ona by nie uciekła. Ale to tylko sen, złudzenie, fatamorgana na pustyni jego serca. Ona była daleko, zajęta innym życiem, innym mężczyzną, inną rzeczywistością, do której nie miał dostępu.
Każdy dzień był męką. Każde spotkanie z nią – torturą. Patrzył na nią, słuchał jej głosu, czuł jej obecność, a jednocześnie wiedział, że nigdy nie będzie jego. To, co czuł, było jego przekleństwem, a on nie chciał, nie potrafił się od tego uwolnić. Ta miłość była jego więzieniem, ale też jedynym, co mu pozostało.
Zawsze stał na peronie, czekając na pociąg, w którym siedziała Anna. Zawsze odprowadzał ją wzrokiem, gdy znikała w oddali. Stał tam, choć wiedział, że nigdy nie wsiądzie do tego samego wagonu, że nigdy nie będzie mógł usiąść obok niej i po prostu być blisko. Ale nie odchodził. Tkwił w tym miejscu, bo tylko to mu zostało – pielęgnowanie tej miłości aż do śmierci.
Czasem myślał, że mógłby się uwolnić. Przestać ją widywać. Uciec, zniknąć, zapomnieć. Ale to byłoby jak odcięcie tlenu. Kochał ją, nawet jeśli miłość ta była pasmem bólu i niespełnienia. Wolał cierpieć, niż nie czuć nic. Wolał być wiecznym strażnikiem tej historii, choć jego rola ograniczała się jedynie do obserwowania z daleka.
Noc mijała powoli, a on wciąż siedział w ciemności, słuchając deszczu, który padał tak, jakby płakał razem z nim. Nie miał złudzeń. Nie było dla niego nadziei. Nie było przyszłości, w której Anna mogłaby być jego. Pozostawała tylko melancholia i świadomość, że jego serce zawsze będzie biło dla kogoś, kto nigdy nie odwzajemni jego uczucia.
I tak miało być już zawsze.