Nowo narodzony
Zimowy wieczór oplatał świat cichą melancholią, gdy Patryk, zielonooki, długowłosy blondyn, złapał Annę za dłoń i wprowadził ją do swojego mieszkania, pachnącego świerkiem i cynamonem. Było w tym zaproszeniu coś niemal sakralnego, jakby ten moment był uświęceniem ich wspólnej drogi, która dopiero się zaczęła. Patryk spojrzał na Annę z takim uczuciem, jakby cały wszechświat koncentrował się w jej oczach. Jej obecność zdawała się rozświetlać cienie, które przez lata oplatały jego życie.
Jeszcze kilka miesięcy temu Patryk wracał z tras koncertowych do pustego domu. Był uwielbiany na scenie – jego charyzma hipnotyzowała tłumy, a jego głos wibrował głębią, jakiej nie sposób było zignorować. Jednak po koncercie, gdy ściszał się gwar fanów i gasły światła reflektorów, zostawał sam. Samotność wypełniała go jak echo w pustym pokoju. Nawet muzyka – jego ukojenie – przestawała go podtrzymywać, stając się bolesnym przypomnieniem o tym, czego mu brakowało.
Anna pojawiła się w jego życiu niespodziewanie, jak ciepły wiatr w samym środku zimy. Była skromna i naturalna, a jej uśmiech wypełniał przestrzenie w jego sercu, o których istnieniu dawno zapomniał. Patryk dziękował losowi za nią każdego dnia, ale tego wieczoru, przy świątecznym stole, poczuł to jeszcze mocniej.
Ubierali razem choinkę w salonie, a przez duże okna wpadało światło księżyca, odbijające się w oszronionych gałęziach. Patryk śmiał się serdecznie, gdy Anna niezgrabnie upuściła jedną z bombek, a jej policzki zaróżowiły ze wstydu. Przysiadł na podłodze obok niej, delikatnie dotykając jej twarzy, i szepnął:
– Nie martw się, to tylko bombka. Ważniejsze, że jesteś tutaj.
Był to moment intymnej prostoty, który wypełnił go takim szczęściem, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył.
Podczas wieczerzy wigilijnej zasiedli przy stole, który Patryk starannie nakrył. Dzielili się opłatkiem, patrząc sobie w oczy.
– Nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy niż teraz – powiedział Patryk, a jego głos lekko zadrżał. Anna uśmiechnięta ścisnęła jego dłoń i odparła:
– To jest nasz czas, Patryku.
Później, gdy zapach piernika i goździków unosił się w powietrzu, Patryk usiadł na kanapie z gitarą. Cicho zagrał melodię, która pojawiła się w jego głowie spontanicznie. Anna przysiadła obok niego, opierając głowę na jego ramieniu.
– To jest pieśń dziękczynienia – szepnął. – Dla Boga, który cię do mnie przysłał.
Tamtego wieczoru Patryk po raz pierwszy od dawna poczuł, że jego życie jest pełne. Każda chwila, każdy gest Anny był dowodem, że samotność jest już tylko wspomnieniem, cieniem, który rozwiał się w blasku jej obecności. Spojrzał na nią raz jeszcze, a potem na choinkę, na której gałęziach odbijało się światło lampek. „W tej ciszy” – pomyślał – „odnajduję wszystko, czego kiedykolwiek szukałem”.
A gdy noc przyniosła ze sobą śpiew kolęd i świat pogrążył się w zimowej łagodności, Patryk usnął z uczuciem wdzięczności, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Jego serce, które przez lata śpiewało o pustce, teraz rozbrzmiewało pełnią miłości.