Mogę żyć dalej
Kiedy wracam do apartamentu, miasto za oknami mojego auta wciąż tętni życiem. Chicagowskie ulice migoczą neonami, a noc wydaje się być bez końca. Nie odwracam głowy, nie przyglądam się przechodniom. Trzymając kierownicę, czuję napięcie w palcach. W uszach dudnią mi jeszcze słowa psychologa. „Musisz pozwolić sobie na przeżywanie tego, Patryk. Nie ma w tym nic złego. To część procesu”.
Proces. Jakie to bezduszne słowo. Brzmi jak instrukcja obsługi, jak coś mechanicznego, co wystarczy włączyć, aby działało. A przecież to, co czuję, nie jest mechaniczne. Jest chaotyczne, gorące, przeszywające. Miłość do Anny... to coś, czego nie da się po prostu wyłączyć jednym kliknięciem.
Zatrzymuję się przed budynkiem, w którym mieszkam. Elegancki apartamentowiec w centrum miasta, z widokiem na jezioro Michigan. Wszystko tutaj wydaje się być na swoim miejscu. Luksusowe wnętrza, porządek, bezpieczeństwo. Ale wewnątrz mnie? Tam panuje burza.
W windzie patrzę na swoje odbicie w lustrze. Zielone oczy są zmęczone, jakby straciły ten blask, który dawniej przyciągał ludzi. Włosy opadają mi na twarz, trochę niedbale, ale nie dbam o to. Kiedyś Anna powiedziała, że wyglądam jak ktoś wyciągnięty z lat siedemdziesiątych. Zaśmiała się wtedy, a ja przez chwilę uwierzyłem, że moglibyśmy być czymś więcej niż przyjaciółmi i współpracownikami.
Wchodzę do mieszkania. Jest cicho, zbyt cicho. Odkładam klucze na stół i rzucam kurtkę na oparcie krzesła. W kuchni czeka na mnie niedopity kubek kawy z rana. Nie zapalam światła. Zasłony są otwarte, a nocne światła miasta wpadają do środka, rzucając cienie na ściany. Czuję ciężar tej ciszy. Jest jak niewidzialny kokon, który powoli mnie dusi.
Siadam na kanapie, opierając głowę na dłoniach. Myślę o niej. O jej uśmiechu, o tym, jak delikatnie poprawia okulary, kiedy się denerwuje. O jej głosie, który potrafi być jednocześnie stanowczy i kojący. Jestem świadomy, że nigdy nie odwzajemni moich uczuć. Próbowałem ją zrozumieć, zaakceptować, a jednak za każdym razem wracam do punktu wyjścia.
Czemu to zrobiłem? Czemu pozwoliłem sobie na to? Mógłbym być silniejszy, mógłbym nie dopuścić do tego, aby jej obecność tak bardzo mnie definiowała. Ale przecież ona nie jest zwykłą kobietą w moim życiu. Jest moją menadżerką, przyjaciółką, powierniczką. Tylko tyle. I aż tyle.
Przez kolejne dni moje życie przypomina powolne dryfowanie. Wstaję rano, jem coś na siłę, idę na próby z zespołem. Śpiewam, ale słowa wydają się obce, jakby nie były moje. Chłopaki to zauważają. Łukasz, nasz gitarzysta, próbował coś powiedzieć, ale odciąłem go krótkim spojrzeniem. Nikt nie pyta. Może się boją, a może po prostu nie chcą wiedzieć.
Wieczory spędzam sam. Patrzę w okno, jak świat toczy się dalej. Zaczynam pisać nowe teksty. Zapełniam kartki słowami, które kipią bólem, tęsknotą, rozpaczą. Ale w tym wszystkim jest też coś innego. Coś na kształt ulgi. Jakby wyrzucenie tych uczuć na papier było pierwszym krokiem ku uwolnieniu.
Mija kilka tygodni. Zaczynam dostrzegać drobne zmiany. Moje myśli o Annie przestają być tak wszechogarniające. Nie dlatego, że przestałem ją kochać, ale dlatego, że uczę się żyć z tą miłością inaczej. Zaczynam dostrzegać, że jest we mnie coś więcej niż tylko to uczucie. Że mam pasję, muzykę, przyjaciół, którzy mimo wszystko są przy mnie.
Pewnego wieczoru, siedząc przy pianinie, patrzę na niedokończoną piosenkę. W końcu ją kończę. Słowa nie są już tylko o Annie. Są o mnie. O mojej drodze, o bólu i nadziei. Śpiewam je cicho, a potem głośniej. Czuję, jak ciężar powoli opuszcza moje ramiona.
Kiedy patrzę na swoje odbicie w oknie, widzę kogoś, kto wciąż ma wiele do przepracowania. Ale widzę też kogoś, kto zaczyna odnajdywać siebie. Powoli, krok po kroku. I choć wiem, że Anna zawsze będzie częścią mnie, to teraz rozumiem, że nie jest całością.
Zamykam oczy i oddycham głęboko. W końcu czuję, że mogę to zrobić. Mogę żyć dalej.