List do Anny II
Droga Anno,
Siedzę właśnie w małym, anonimowym pokoju hotelowym w mieście, którego nazwa pewnie jeszcze długo nie będzie miała dla mnie większego znaczenia. Przez okno widzę migoczące światła metropolii, jakby każde z tych światełek było życiem, które toczy się gdzieś obok, poza moim zasięgiem. I chociaż tłumy wiwatują na koncertach, a nasze utwory rozbrzmiewają w radiach, czuję, jakbym oddalał się od siebie samego z każdym kilometrem, który dzieli mnie od Ciebie i Chicago.
Każdego dnia tęsknota przychodzi do mnie jak cichy, nieproszony gość. Siedzi obok mnie, kiedy jem śniadanie, kiedy gram na gitarze, kiedy śpiewam przed tysiącami ludzi. To dziwne, prawda? Być otoczonym przez tłumy, które znają każde słowo Twoich piosenek, a jednocześnie czuć się tak samotnym. Ale ta samotność nie wynika z braku ludzi. Wynika z braku Ciebie.
Pamiętasz nasz ulubiony zakątek nad jeziorem Michigan? Ten, gdzie światło zmierzchu maluje wszystko na ciepłe odcienie pomarańczy i różu? W moich myślach wciąż tam wracam. Wyobrażam sobie, że siedzimy tam razem, a wiatr igra z Twoimi włosami, tak jak kiedyś. Czasem wydaje mi się, że to miejsce jest jedynym punktem na mapie, który przypomina mi, kim jestem naprawdę. Bez sceny, bez blasku reflektorów, bez tych wszystkich ról, które muszę grać. Tylko ja i Ty.
Anna, wiesz, co jest najtrudniejsze? Patrzeć na zegar i wiedzieć, że każda upływająca minuta to kolejna chwila, której nie mogę spędzić z Tobą. Chciałbym móc skrócić ten czas, przenieść się jakimś cudem do naszego mieszkania, gdzie na parapecie wciąż leży ta książka, której nigdy nie dokończyłem. Czasem zastanawiam się, czy to wszystko ma sens. To ciągłe podróżowanie, to rozrywanie się między dwoma światami – jednym, w którym jestem wokalistą zespołu rockowego, i drugim, gdzie jestem po prostu Patrykiem, Twoim Patrykiem.
Obiecuję Ci, że kiedy w końcu wrócę, zabiorę Cię na te lody włoskie, o których tak często mówisz. Uszczypnij mnie wtedy, jeśli zacznę gadać o czymś banalnym. Chcę tylko słuchać Ciebie, Twojego śmiechu, Twoich opowieści o tym, jak minęły Ci te wszystkie tygodnie. Chcę Ci to wszystko wynagrodzić. Każdą sekundę mojej nieobecności.
Czasem śnię o tym, jak wracam do Chicago. Widzę znajome ulice, słyszę dźwięk pociągów przejeżdżających w oddali, czuję zapach kawy z tej małej kawiarni na rogu. Ale największym marzeniem jest zobaczyć Twój uśmiech, poczuć Twoje ramiona wokół mnie, zanurzyć się w Twoich oczach, które są moim domem bardziej niż jakiekolwiek miejsce na ziemi.
Wiem, że zasługujesz na więcej niż tylko słowa na papierze czy głos w telefonie. Wiem, że moje życie czasem wygląda jak bajka, ale uwierz mi, bez Ciebie każdy dzień wydaje się pusty. Jesteś jak melodia, która nadaje sens wszystkim dźwiękom w moim życiu. Bez niej cała harmonia znika.
Dziękuję Ci za Twoją cierpliwość, za Twoją miłość, za to, że jesteś. Nawet tysiące kilometrów od Ciebie czuję Twoją obecność, jak cichy, kojący szept w mojej głowie. To dzięki Tobie pamiętam, kim jestem, dokąd zmierzam i dlaczego to wszystko ma sens.
Do zobaczenia, Anno. Moja Anno. Niedługo. Obiecuję.
Twój na zawsze,
Patryk