Jak kwiaty na łące
Patryk zamaszystym ruchem wrzucił na grzbiet plecak, w którym brzęczały sztućce, talerze i butelka wina. Anna stała tuż obok, poprawiając pasek od swojego roweru, a jej brązowe oczy błyszczały w świetle słońca. Dzień był niemal idealny. Na niebie jedynie kilka drobnych, leniwych chmur, a powietrze przesycone zapachem trawy i wilgotnej ziemi. Patryk spojrzał na Annę i poczuł, że jego serce znowu zadrżało w ten charakterystyczny, znajomy sposób. Była piękna w sposób, który nie potrzebował upiększeń ani słów.
– Gotowa? – zapytał z uśmiechem.
Anna skinęła głową, a jej długie włosy zafalowały na wietrze. Ruszyli wzdłuż ścieżki rowerowej, która prowadziła ich w kierunku obrzeży miasta. Chicago, z jego betonowym zgiełkiem, oddalało się za ich plecami, a każdy obrót pedałów wprowadzał ich w przestrzeń coraz bardziej wypełnioną naturą i spokojem.
Patryk, zielonooki blondyn z długimi włosami, który na co dzień rozświetlał sceny rockowe swoim głosem, czuł w tej chwili coś, czego nie potrafił opisać. Życie, które wiódł, było pełne świateł, oklasków i dźwięków, a jednocześnie niosło ze sobą ogromne poczucie pustki. Na scenie wydawało mu się, że jest nieśmiertelny, że jego głos ma moc zmieniania rzeczywistości, ale w ciszy swojej garderoby czuł, jak bardzo brakuje mu prawdziwego kontaktu z ludźmi. Anna była jak powiew świeżości. Była jego rzeczywistością, uziemieniem, a jednocześnie największą zagadką, której nigdy nie chciał rozwiązać do końca.
Dotarli na łąkę. Rozpościerała się przed nimi jak płótno malowane w odcieniach zieleni, żółci i bieli. Trawa była wysoka, gdzieniegdzie przetykana kwiatami, które zdawały się kołysać w rytm ledwie wyczuwalnego wiatru. Rozłożyli koc pod samotnym drzewem, które rzucało przyjemny cień. Anna położyła się, a jej głowa spoczęła na kolanach Patryka. Zamknęła oczy, a on przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Jej spokój wydawał się niemal namacalny.
– Patryk – powiedziała nagle, otwierając oczy. – O czym myślisz, kiedy tak milczysz?
Patryk zawahał się. Nie dlatego, że nie chciał odpowiedzieć, ale dlatego, że sam nie do końca rozumiał, jak ująć w słowa to, co działo się w jego głowie.
– O wszystkim i o niczym – odpowiedział w końcu, z delikatnym uśmiechem. – Czasami mam wrażenie, że myśli w mojej głowie są jak te kwiaty na łące. Rosną wszędzie, chaotycznie, ale razem tworzą coś pięknego.
Anna zaśmiała się cicho.
– To chyba znaczy, że jesteś szczęśliwy.
Patryk spojrzał na nią, a jego spojrzenie stało się poważniejsze.
– Myślę, że jestem. Ale wiesz, czasami boję się tego szczęścia. Boję się, że jest kruche, że może zniknąć w jednej chwili. W moim życiu wszystko zawsze było takie intensywne, ale i takie ulotne.
Anna uniosła rękę i delikatnie dotknęła jego policzka.
– Nie myśl o tym, co może być. Żyj tym, co jest teraz. Teraz jesteśmy tutaj, razem. Nie ma nic więcej, co powinniśmy wiedzieć lub rozumieć.
Patryk zamknął oczy i przez chwilę pozwolił sobie na zanurzenie w tej chwili. Czuł ciężar jej głowy na swoich kolanach, ciepło jej dłoni na swojej skórze i delikatne powiewy wiatru, które poruszały jego włosy. Było coś niezwykle kojącego w tym prostym akcie bycia obok siebie.
Po chwili ciszy Patryk odezwał się znowu, jakby bardziej do siebie niż do niej.
– Wiesz, scena to miejsce, gdzie czuję się jak bóg. Mogę powiedzieć wszystko, wykrzyczeć swoje najgłębsze myśli, a ludzie słuchają. Ale to wszystko jest jak sen. Prawdziwe życie jest tutaj. Ty jesteś tutaj. I to jest jedyne, co naprawdę ma znaczenie.
Anna uśmiechnęła się, a jej oczy zdawały się odbijać światło w taki sposób, że Patryk mógłby przysiąc, iż widzi w nich cały wszechświat.
– Jeśli tak czujesz, to znaczy, że naprawdę żyjesz, Patryk. I to jest najważniejsze.
Milczeli przez dłuższy czas, wsłuchując się w odgłosy natury – w śpiew ptaków, szelest trawy, cichy szum miasta w oddali. Były to dźwięki, które zdawały się wypełniać każdą szczelinę ich dusz, zacierając granice między myślami a rzeczywistością.
Patryk spojrzał na Annę i poczuł, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie dlatego, że był wokalistą popularnego zespołu rockowego, ani dlatego, że miał miliony fanów, którzy go uwielbiali. Był szczęśliwy, bo miał ją – kogoś, kto widział w nim więcej niż tylko maskę, którą zakładał na scenie. Miał kogoś, kto potrafił sprawić, że łąka na obrzeżach Chicago stała się centrum wszechświata.