Dwa tygodnie
Chicago budziło się do życia, ale ja już od godziny byłem na nogach. Poranna przebieżka po znajomych ulicach pozwalała mi choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Mimo lodowatego wiatru i szarego nieba, czułem ciepło pulsujące w moich mięśniach, rytmiczny oddech, dudnienie muzyki w słuchawkach. Biegłem, nie myśląc o niczym poza tempem i ruchem własnego ciała. Potrzebowałem tego, by uciszyć szum w głowie.
Gdy wróciłem do apartamentu, światło poranka wślizgnęło się przez panoramiczne okna. Zrzuciłem mokre ubrania i wszedłem pod prysznic, pozwalając wodzie obmyć zmęczenie. Ciepłe strugi ślizgały się po skórze, a ja zamknąłem oczy, czując, jak napięcie odpływa. W głowie miałem jedną myśl: dziś wraca Anna.
Minęły dwa tygodnie. Czternaście długich dni, podczas których życie wydawało się jakby wstrzymane. Bez jej obecności apartament był pustą skorupą. Każde pomieszczenie, każdy przedmiot zdawał się pozbawiony znaczenia. Teraz jednak wszystko miało nabrać barw.
Owinąłem się ręcznikiem i udałem do kuchni, czując przyjemny zapach świeżo zaparzonej kawy. Złapałem kubek i oparłem się o blat, patrząc przez okno na miasto wciąż budzące się do życia. Ludzie spieszyli się do pracy, samochody sunęły po mokrym asfalcie, a ja... Ja czekałem.
Przygotowania zajęły mi resztę dnia. Chciałem, by wszystko było idealne. Na stole w salonie postawiłem świece, a w powietrzu unosił się aromat kolacji, którą przyrządziłem. Każdy szczegół był dopracowany. Nie chodziło nawet o samą niespodziankę – chodziło o to, by pokazać Annie, jak bardzo mi jej brakowało.
Kiedy w końcu usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi, serce uderzyło mocniej. Zatrzymałem się na moment, jakbym chciał wchłonąć ten dźwięk, tę chwilę. Potem ruszyłem do przedpokoju.
I wtedy ją zobaczyłem.
Zmęczenie podróżą malowało się na jej twarzy, ale gdy nasze spojrzenia się spotkały, wszystko inne przestało istnieć. Uśmiechnęła się szeroko, a ja w jednej sekundzie zamknąłem ją w ramionach. Czułem jej zapach, ciepło, jej oddech przy mojej szyi. To było jak powrót do domu, którego brakowało mi przez ostatnie dwa tygodnie.
– Tęskniłem – wyszeptałem, nie wypuszczając jej z uścisku.
– Ja też – odpowiedziała, wtulając się we mnie jeszcze mocniej.
Poprowadziłem ją do salonu, gdzie blask świec tańczył na ścianach. Spojrzała na stół, a potem na mnie. W jej oczach błyszczała wdzięczność i coś jeszcze – miłość, którą czułem w każdym jej spojrzeniu.
– To wszystko dla mnie? – zapytała, uśmiechając się.
– Oczywiście – odparłem. – Każdy dzień bez ciebie był za długi.
Nie odpowiedziała słowami. Podeszła do mnie i delikatnie ujęła moją twarz w dłonie. Jej usta dotknęły moich w czułym, ale pełnym tęsknoty pocałunku. W tym jednym geście było wszystko – powitanie, wdzięczność, miłość.
– Kocham cię, Patryk – szepnęła, opierając czoło o moje.
Poczułem, jak serce na moment się zatrzymuje, a potem bije jeszcze mocniej. Zamknąłem oczy, czując, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
– Ja ciebie też, Anno – odpowiedziałem, splatając nasze dłonie.
***
Poranek w Chicago był rześki, a powietrze pachniało wilgotnym asfaltem i ledwo przebrzmiałym deszczem. Patryk przemierzał znajome ulice w rytmie swojego oddechu, czując, jak serce bije mu mocniej, pompując adrenalinę i tlen w spragnione mięśnie. Przebieżka była dla niego codziennym rytuałem, chwilą, w której myśli mogły płynąć swobodnie, niezależnie od ciężaru, jaki niósł w sercu.
Dziś jednak było inaczej. Myśli nie błądziły po mrokach jego duszy, nie szukały przeszłości ani nie unikały przyszłości. Skupiały się na teraźniejszości. Na Annie.
Dwa tygodnie rozłąki. Tyle dni spędzonych w pustym apartamencie, w którym cisza była aż nazbyt wymowna. Jej zapach dawno już rozwiał wiatr wpadający przez otwarte okna, ślad jej obecności zacierał się z każdą kolejną nocą, w której samotnie przewracał się z boku na bok. Ale dziś wracała. W końcu wracała.
Wziął długi prysznic, pozwalając gorącej wodzie spłukać z niego resztki zmęczenia. Zaparzył kawę, czarną jak noc, mocną jak wspomnienia, które nie chciały dać mu spokoju. Usadowił się przy kuchennym blacie, wpatrując się w kubek, jakby w jego wnętrzu kryła się odpowiedź na wszystkie dręczące go pytania.
Patryk nie był typem człowieka, który celebrował chwile tylko dlatego, że tak wypadało. Ale dziś chciał. Dziś musiał. Z największą starannością przygotował kolację, układając każdy detal w taki sposób, by Anna poczuła, jak bardzo jej brak odcisnął na nim swoje piętno. Świece rzucały ciepłe światło na ciemne drewno stołu, a aromat jej ulubionych dań unosił się w powietrzu niczym obietnica czegoś więcej niż tylko wspólnego wieczoru.
Czekał. Nerwowo poprawiał obrąbek obrusu, zerkał na zegar, próbował zająć myśli czymkolwiek, co odciągnęłoby je od narastającej ekscytacji. Aż w końcu usłyszał dźwięk klucza w zamku.
Nie zastanawiał się ani chwili. Kiedy Anna przekroczyła próg mieszkania, chwycił ją w ramiona, wdychając głęboko zapomniany już zapach jej perfum. Czuł ciepło jej ciała, drżenie jej rąk, kiedy odwzajemniała jego uścisk.
– Tęskniłam – szepnęła, podnosząc głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo.
– Wiem – odpowiedział, dotykając dłonią jej policzka. – Ja też.
Poprowadził ją do salonu, gdzie światło świec nadawało wieczorowi niemal magiczny wymiar. Anna objęła go mocniej, uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na niego z wdzięcznością, której nie musiała ubierać w słowa. W końcu sięgnęła po jego dłoń, splatając ich palce w nierozerwalnym uścisku.
– Kocham cię, Patryk – powiedziała cicho, ale z taką mocą, że serce zabiło mu szybciej.
Nie odpowiedział od razu. Przesunął palcem po jej wargach, jakby chciał się upewnić, że to, co właśnie usłyszał, nie było tylko ulotnym snem.
– Ja ciebie też – wyszeptał, zanim złożył na jej ustach pocałunek, w którym zawarł całe dwa tygodnie samotności, tęsknoty i niewypowiedzianych pragnień.