Anna...
29 stycznia 2025
Siedzę przy oknie, zapatrzony w ciemność rozświetloną migotliwymi światłami miasta. Chicago nigdy nie śpi, a ja... ja już dawno przestałem żyć. Istnieję, oddycham, gram, śpiewam, ale to wszystko jest tylko pustą iluzją. Marzeniem, którego nigdy nie spełnię. Gdzieś tam, w innym świecie, w innym życiu mogłaby być moja. Anna. Moja miłość, mój ból, moja zguba.
Jestem więźniem własnego serca. Wiem, że nigdy nie poznam smaku jej ust, nie dotknę jej skóry, nie zanurzę się w zapachu jej włosów. Nie zobaczę tego spojrzenia, które chciałbym, żeby było tylko dla mnie. Nigdy nie poczuje mojego oddechu na jej skórze, nie dowie się, jak bardzo pragnę jej bliskości, jak bardzo jej potrzebuję. Nigdy nie będę mógł powiedzieć jej, że to ona jest moją jedyną, że bez niej świat to tylko pustka i głuchy dźwięk niewypowiedzianych słów.
Każdego dnia stoję na peronie, czekając na pociąg, który nigdy nie nadjedzie. Patrzę w dal, szukając jej sylwetki, licząc, że może dziś, może teraz usłyszę echo jej kroków. Ale wiem, że to tylko gra mojego umysłu, złudzenie, które nie chce się rozwiać. Przez chwilę zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jest obok mnie. Że jej dłoń ślizga się po mojej, że śmieje się cicho, że patrzy na mnie z czułością, której nigdy nie zaznam.
Jestem mężczyzną złamanym, człowiekiem, który nosi w sobie krwawiącą ranę. Są chwile, kiedy myślę, że mógłbym się wyrwać z tego labiryntu bez końca, odwrócić się, odejść. Ale to byłoby jak zdrada samego siebie. Jak mógłbym przestać ją kochać? Jak mógłbym zapomnieć? Przecież to uczucie jest wszystkim, co mi zostało. Nawet jeśli zadaje mi ból, nawet jeśli rozrywa mnie na strzępy – to właśnie dzięki niemu jeszcze istnieję. W tej melancholii, w tym cierpieniu odnajduję sens.
Czasami chciałbym uciec. Wsiąść do tego przeklętego pociągu i po prostu jechać przed siebie, zniknąć, wymazać się z jej życia, z jej świata. Ale wiem, że i tak bym wrócił. Bo gdziekolwiek bym nie był, ona zawsze będzie we mnie. W moich myślach, w mojej muzyce, w każdej pieśni, którą zaśpiewam.
Ludzie mówią, że czas leczy rany. Kłamią. Czas jedynie przyzwyczaja do bólu, pozwala nauczyć się z nim żyć. Ja nie chcę się nauczyć. Chcę pamiętać. Chcę czuć każdy kawałek mojego serca, który dla niej pękł. Chcę pielęgnować tę miłość, nawet jeśli nigdy nie będzie miała końca, nawet jeśli będzie trwać jak echo w pustym korytarzu mojego istnienia.
Kiedyś nadejdzie dzień, w którym przestanę czekać. Ale nie dlatego, że się poddam. Po prostu skończy się czas. Wtedy pozostanie po mnie jedynie dźwięk, kilka zapisanych stron i szept jej imienia, który nigdy nie umrze.
Anna...
Czy kiedykolwiek spojrzysz w moją stronę?